Work, not gold are nations strong with

Pracą, nie złotem silne są narody (Maciej Kazimierz Sarbiewski)

Może jednak słusznie czyni rząd polski, nie interweniując w gospodarkę na potęgę, mimo iż wielu do takiej interwencji nawołuje? Co więcej, jeśli z uwagi na zaniedbania poprzedniego rządu dziś nie jesteśmy w stanie rychło wprowadzić wspólnej z wieloma innymi europejskimi narodami waluty, to może bardziej skoncentrujmy się na lepszym wykorzystaniu choćby takiego instrumentu, jakim jest jednak niedoceniany moim zdaniem znowelizowany art. 358. kc.? Przecież na podstawie, czy co najmniej w związku z tym przepisem, prawdopodobnie przez zwykłe niedocenienie jego znaczenia zaaprobowanym przez Pałac niechętny wspólnej europejskiej czy jakiejkolwiek innej obcej walucie, można już dziś zrobić wiele, a co najmniej przejść na kształt eurowego żłobka. Spróbowaliście Państwo? Znani mi przedsiębiorcy tak, ale nie są niezadowoleni. Gazeta Małych i Średnich Przedsiębiorstw też miała w tym swój (co najmniej pośredni) udział. To aktualny wiceminister Adam Szejnfeld, niezwykle aktywnie zaangażowany w przygotowywanie tej nowelizacji kodeksu cywilnego, był przecież uprzednio przez wiele lat aktywnym komentatorem na łamach Gazety MSP. Plus dla Gazety!

Siedemnastowieczny poeta Maciej Kazimierz Sarbiewski, przyjaciel papieża Urbana VIII, już cztery wieki temu w latach dwudziestych świetnie znający obce języki i doskonale poruszający się w Europie Polak, zwrócił uwagę na znacznie większą rolę pracy, niźli nagromadzonych w poprzednich pokoleniach bogactw, w stabilizowaniu się międzynarodowej pozycji poszczególnych narodów czy państw. Jakże aktualne są te słowa dzisiaj, gdy sami bezpośrednio uczestniczymy w istotnych przeobrażeniach na gospodarczej mapie świata. Nic tak nie zniewala, ogłupia i rozleniwia, jak niewłaściwie pojęte dziedzictwo. Nie bez przyczyny coraz większą rolę odgrywają na świecie państwa, których mieszkańcy, nie dosyć, że bardzo liczni, to jeszcze zmuszeni są od narodzin walczyć o przetrwanie i znalezienie sobie właściwego miejsca w życiu. Znacznie wcześniej niż przywołany wyżej nasz rodak, a mianowicie Wergiliusz, podkreślał, że praca wytrwała zwycięża wszystko. Ustawicznie potwierdza się stara prawda, że nic nie jest dane raz na zawsze. Prawdopodobnie nasze pokolenie, a już na pewno pokolenie naszych dzieci, które teraz wchodzą w dorosłe i samodzielne życie, będzie świadkiem coraz większego znaczenia narodów azjatyckich, ale też południowoamerykańskich czy afrykańskich. Przez wiele stuleci narody te były dostarczycielami taniej i nieskomplikowanej siły roboczej, pomijając różnego rodzaju naturalne bogactwa, których dostarczała sama przyroda otaczająca tych ludzi. Obecnie, w dobie postępującej globalizacji, wszyscy ci ludzie uwierzyli, że mogą – po prostu mogą – rywalizować. To właśnie rywalizacja, wiele lat kanon wolnej, a więc w istocie zachodniej przedsiębiorczości, staje się obecnie motorem postępu w krajach do tej pory poniekąd w siebie zanadto niedowierzających. Dotychczas ci wszyscy niedoceniani ludzie zdawali się ulegać magii słów Ludwika Pasteur’a: „wystarczy tylko przyzwyczaić się do pracy i już bez niej nie można żyć”, czy jeszcze bardziej zniewalającej magii słów Bruno Schulza, iż jedyną naszą ostoją może być praca, jakakolwiek choćby niżej naszego poziomu, choćby mechaniczna. Wydaje się, że i owszem, ale pracę rozumieć można też inaczej. I częściej coraz więcej ludzi inaczej ją rozumie.

W jednym z marcowych numerów brytyjskiego tygodnika „The Economist” uderza mocno kontrastowe zestawienie dwóch wiodących tematów: podkreślony na okładce pisma „Kryzys miejsc pracy”, a jednocześnie w tym samym wydaniu kilkunastostronicowy raport specjalny poświęcony „Przedsiębiorczości”. Czy to zestawienie kłuje w oczy? Chyba jednak nie. Być może najprostszą, ale i pewnie najbardziej trafną puentą jest krótka konstatacja, iż to właśnie położenie większego nacisku na przedsiębiorczość jest remedium na brak wystarczającej ilości miejsc pracy. Kto ma te miejsca pracy zapewnić? Rządy poszczególnych państw? Nie sądzę. Jeśli urzędnicy, bo kimże innym są piastujący w nich funkcje ludzie, mają być lepsi w pobudzaniu gospodarki niż przedsiębiorcy, to co ci urzędnicy robią w urzędach, bo czymże innym są rządy? Przecież nigdy w życiu nie zarobią na państwowych posadach tyle, co w prywatnym biznesie, zwłaszcza przez siebie samych prowadzonym. Dochodzimy do stanu wewnętrznie sprzecznego. Ludzie bardziej skuteczni, konsekwentni i nie bojący się nowych wyzwań nie realizują się w biznesie, tylko w administracji? Coś tu nie gra. Obawiam się, iż pojawiająca się tu i ówdzie ślepa (bo jak inaczej to nazwać?) wiara w przewagę administracji rządowej nad prywatną przedsiębiorczością zaprowadzi nas (tzn. tę bardziej rozwiniętą gospodarczo część świata) na manowce. A przyczajone już coraz mniej, bardziej już w pierwszej fazie skoku, gospodarcze tygrysy, tylko się z tego cieszą. Proszę zwrócić uwagę na kolejne inwestycje chińskie, hinduskie czy brazylijskie w państwach, które niegdyś chełpiły się hegemonami świata. To już nie przykurzone co nieco złoto, ale nowe pomysły, nowa motywacja, nowy ciąg na bramkę decydują o przyszłym porządku świata.

Przypomnijmy sobie Księgę Rodzaju, w szczególności słowa, iż ”w pracach jeść (…) będziesz po wszystkie dni żywota twego”. Zapominając o tym wystawiliśmy się na kryzys, na czającą się zewsząd pokusę zawierzenia tym, którzy w etatyźmie i centralizowaniu wszystkiego widzą tylko lekarstwo na wszystko. Tak, być może to jest jedyne lekarstwo, ale jedyne zrozumiałe przez nich samych, co wcale nie oznacza, że jedyne w ogóle dostępne, a tym bardziej, że odpowiednie. Ci wszyscy, którzy receptę na wybrnięcie z kryzysu widzą tylko w nacjonalizacjach i w pozbawianiu człowieka możliwości osiągnięcia szczęścia w samodzielności, przypominają Jerome’a Jerome’a i jego znane skądinąd słowa: „Nic nie wzbudza we mnie takiego podziwu, jak ludzka praca. Mógłbym się jej przyglądać godzinami”. Ja mógłbym jedynie skromnie dorzucić: A co z jej wykonaniem? Może jednak dobrym pomysłem jest, aby przedsiębiorcy zajmowali się gospodarką, a urzędnicy ograniczyli się do typowego administrowania? Czy kryzys nie został przypadkiem wywołany wcześniejszą nadmierną ingerencją Państwa? Oby ta ingerencja nie stanowiła sama dla siebie usprawiedliwienia i nie stała się samospełniającą się przepowiednią. Dla wielu ludzi byłoby to bardzo wygodne.